utworzone przez Agnieszka Boryna | 8-sty- 2026 | Rodzina, Rozwój osobisty
Na początku to wygląda jak miłość. Cierpliwość. Zrozumienie. Empatia.
Mówisz sobie:
„On ma trudną pracę”
„On inaczej nie potrafi”
„Ja dam radę”
I przez długi czas naprawdę dajesz.
Wspierasz.
Czekasz.
Nie naciskasz.
Tłumaczysz jego milczenie, chłód, nieobecność.
Robisz miejsce na jego świat, odsuwając swój coraz bardziej na bok.
I nawet nie zauważasz momentu, w którym wsparcie przestaje być wyborem, a zaczyna być strategią przetrwania.
Wsparcie jest wtedy, gdy:
- jesteś obok, ale nie kosztem siebie
- rozumiesz, ale nie ignorujesz własnych uczuć
- dajesz przestrzeń, ale nie znikasz
- czekasz, ale nie w nieskończoność
Rezygnacja z siebie zaczyna się wtedy, gdy:
- przestajesz mówić, co czujesz, żeby „nie dokładać mu problemów”
- tłumisz złość, smutek, żal, bo „on ma gorzej”
- bierzesz odpowiedzialność za jego emocje
- wmawiasz sobie, że Twoje potrzeby są mniej ważne
Najbardziej zdradliwy moment:
To nie jest moment, w którym on odchodzi.
To moment, w którym Ty przestajesz się dla siebie liczyć.
Kiedy:
- przestajesz pytać „czego ja potrzebuję?”
- przestajesz oczekiwać bliskości
- przestajesz chcieć od życia więcej
I nazywasz to dojrzałością a to z dojrzałością nie ma nic wspólnego.
Prawda, która boli:
Miłość nie polega na tym, że:
- jedna osoba niesie ciężar za dwie
- jedna rozumie wszystko, a druga nic nie zmienia
- jedna się dostosowuje, a druga trwa w swoim świecie
Miłość nie wymaga znikania. Jeśli, żeby utrzymać relację, musisz:
- być cicha
- być twarda
- być „wyrozumiała ponad miarę”
To nie jest wsparcie. To jest samotność w relacji.
Zdrowe wsparcie ma granice.
I te granice nie są ultimatum. Są prawdą. To moment, w którym mówisz:
„Rozumiem Twoją sytuację.
Ale ja też mam swoje emocje.
I nie chcę dłużej znikać, żeby było nam łatwiej.”
To moment odwagi. Nie egoizm.
Jeśli to czytasz i czujesz napięcie w ciele…
To nie dlatego, że robisz coś źle. Tylko dlatego, że zbyt długo robiłaś wszystko sama. Zbyt długo dźwigałaś na swoich barkach ciężar za Was dwoje.
Masz prawo:
- chcieć bliskości
- chcieć rozmowy
- chcieć bycia widzianą
- chcieć więcej
Nie kosztem siebie i bez rezygnowania z siebie.
utworzone przez Agnieszka Boryna | 20-lis- 2025 | Rozwój osobisty
Relacje potrafią być piękne, rozwijające i pełne wsparcia… ale tylko wtedy, gdy opierają się na wzajemnym szacunku, odpowiedzialności i dojrzałości. Niestety wiele kobiet ignoruje niepokojące sygnały na początku, tłumacząc je „zauroczeniem”, „stresem w pracy” partnera czy „trudną przeszłością”. A prawda jest taka, że to właśnie pierwsze sygnały mówią najwięcej o tym, jak będzie wyglądała wasza relacja.
Poniżej zebrałam najważniejsze red flags — te, które najczęściej obserwuję w pracy z kobietami po rozstaniu. Jeśli choć jeden z nich wywołuje w Tobie niepokój, zatrzymaj się. I posłuchaj siebie.
Brak szacunku — małe rysy, które stają się pęknięciami
Brak szacunku często zaczyna się niewinnie: drobne docinki, komentarze pod przykrywką „żartu”, umniejszanie Twoim emocjom. Z czasem przybiera formę przekraczania granic, choć jasno o nich mówisz. Jeśli ktoś nie potrafi traktować Cię z godnością teraz, nie zacznie nagle traktować Cię lepiej później.
Kontrola i zaborczość — „z troski”, która dusi
Potrzeba informacji, gdzie jesteś i z kim, może brzmieć jak zainteresowanie, ale gdy przeradza się w kontrolę, ograniczanie kontaktów z bliskimi czy zazdrość o każdą minutę poza związkiem — to poważny sygnał alarmowy. Miłość nie izoluje. Miłość daje przestrzeń.
Zaburzona komunikacja — cisza, która boli bardziej niż słowa
Fochy, milczenie, unikanie trudnych tematów, zamiatanie konfliktów pod dywan… Zdrowy związek nie istnieje bez rozmowy. Jeśli on nie potrafi lub nie chce rozmawiać, to Ty będziesz nieustannie dźwigać ciężar utrzymywania relacji.
Brak stabilności emocjonalnej — życie na wulkanie
Wybuchy złości, słowna agresja, nagłe zmiany nastroju, nieprzewidywalność. Emocjonalny rollercoaster może na początku wydawać się „temperamentem”. Ale życie w ciągłym napięciu jest katastrofalne dla Twojego poczucia bezpieczeństwa — a bez niego nie da się zbudować zdrowej relacji.
Brak odpowiedzialności — wieczny chłopiec
Obietnice bez pokrycia, brak odpowiedzialności, zrzucanie winy na Ciebie lub „okoliczności”. Taki mężczyzna nie buduje związku — on w nim mieszka, ale nie bierze udziału. Ty masz być partnerką, nie mamą.
Egocentryzm i brak empatii — „ja” zawsze ważniejsze od „my”
Jeśli dla niego liczą się tylko jego potrzeby i jego emocje, relacja będzie jednostronna. Otwartość na drugiego człowieka jest fundamentem bliskości. Bez niej związek zamienia się w monolog jednej osoby, w którym dla Ciebie nie ma miejsca.
Uzależnienia — temat, którego nie wolno bagatelizować
Nadużywanie alkoholu, narkotyków, hazard, pornografia — to zawsze wpływa na relację. Jeśli partner zaprzecza problemowi, minimalizuje go lub zrzuca odpowiedzialność, sytuacja nie rozwiąże się sama. Uzależnienie to nie tylko „jego sprawa”. To zawsze wpływa na całą relację.
Manipulacja i gaslighting — gdy zaczynasz wątpić w siebie
Słyszysz, że przesadzasz, wyobrażasz sobie, „robisz z igły widły”. Czujesz winę, choć nic złego nie zrobiłaś. Zaczynasz kwestionować własne emocje i intuicję. To nie przypadek. Gaslighting sprawia, że tracisz zaufanie do samej siebie — a z tego powodu bardzo łatwo Cię kontrolować.
Niespójność i podwójne życie — więcej tajemnic niż prawdy
Mówi jedno, robi drugie. Ukrywa telefon, unika rozmów o przeszłości, znika na godziny. Tajemnice w relacji nie mają nic wspólnego z „prywatnością”. Jest sygnałem, że coś jest nie tak — i że on nie jest gotowy na bliskość.
Brak wizji i zaangażowania — wieczna „chwila”, zero przyszłości
Gdy unika rozmów o przyszłości, zmienia temat, mówi „zobaczymy”… — to nie jest kwestia czasu. To kwestia braku gotowości.
Jeśli zależy mu na Tobie, będzie chciał budować. Jeśli nie — będzie przeciągał to, co i tak zmierza donikąd.
Przemoc — granica, której nie wolno przekraczać
Przemoc psychiczna, ekonomiczna, seksualna czy fizyczna nigdy nie zaczyna się od „dużych rzeczy”. Zwykle zaczyna się od drobnych komentarzy, kontroli wydatków, podnoszenia głosu, zastraszania, manipulacji, wzbudzania poczucia winy.
To nigdy nie jest Twoja wina. I to zawsze jest sygnał, żeby odejść i szukać wsparcia.
Dlaczego tak trudno zauważyć red flags?
Bo chcemy wierzyć, że miłość wszystko naprawi. Bo tłumaczymy partnera. Bo boimy się stracić to, co mamy. Bo w wielu z nas zakorzeniło się przekonanie, że „trzeba być wyrozumiałą”. Ale wyrozumiałość nie oznacza zgody na brak szacunku. I nie oznacza bycia w relacji, która Cię niszczy.
Twoje emocje są ważne. Twoje granice są ważne. Twoje bezpieczeństwo i spokój są ważne. Jeśli widzisz którykolwiek z tych sygnałów — zatrzymaj się i posłuchaj siebie. To, co czujesz, nie dzieje się bez powodu.
utworzone przez Agnieszka Boryna | 20-cze- 2025 | Rodzina, Rozwój osobisty
Rozstanie boli. Nawet jeśli to była Twoja decyzja, nawet jeśli rozum mówi, że tak było lepiej – serce potrafi zaskoczyć. Zamiast ulgi pojawia się tęsknota, a za nią… idealizacja. Zaczynasz wspominać dobre chwile, tęsknić za czułymi gestami, śmiechem, wspólnymi planami. Twój mózg – w desperackiej próbie ucieczki od bólu – zaczyna hakować rzeczywistość.
Nagle to, co było trudne i bolesne, zostaje zamiecione pod dywan. Zaczynasz tłumaczyć jego zachowania, które kiedyś łamały Ci serce. Racjonalizujesz to, że nie wspierał Cię, że potrafił znikać emocjonalnie, ranił słowem, ignorował Twoje potrzeby. Wmawiasz sobie, że „przecież nikt nie jest idealny” albo „może ja też byłam trudna”.
Ale wiesz co? Nie idealizuj byłego partnera, który złamał Twoje serce.
Nie tłumacz jego zachowania.
Nie usprawiedliwiaj tego, jak Cię potraktował.
Nie usprawiedliwiaj łez, które przez niego wylałaś.
To nie emocje są złe – to sposób, w jaki próbujemy sobie z nimi radzić, potrafi nas pogrążyć. W okresie żałoby po rozstaniu, nasz umysł próbuje „na siłę” wrócić do tego, co znane. Tęsknota jest jak narkotyk – nie za konkretną osobą, ale za poczuciem bliskości, za byciem „czyjąś”.
Dlatego zaczynasz idealizować związek, który już nie istnieje. W Twojej głowie były partner zyskuje nowe barwy, staje się kimś lepszym, niż był naprawdę. Zapominasz, jak często czułaś się odrzucona, samotna, nie dość dobra. Zamiast tego wracają sceny z wakacji, wspólne wieczory, śmiech, który wtedy tak bardzo Cię cieszył.
Paradoksalnie, jeśli zakochiwanie się to moment, w którym diabeł zakłada nam różowe okulary, to po rozstaniu te okulary nabierają koloru fuksji – rażąco intensywnego, wykrzywiającego rzeczywistość.
I tu zaczyna się niebezpieczeństwo. Bo najgorsze, co możesz zrobić, to znowu zapomnieć o sobie i po raz kolejny poświęcić się dla kogoś, kto nie potrafił (albo nie chciał) zadbać o Waszą relację.
Przypomnij sobie, ile kosztowało Cię dopasowywanie się do niego.
Przypomnij sobie, ile razy czułaś, że musisz być „jakaś”, by zasłużyć na uwagę, bliskość, miłość.
Ile razy czułaś, że jesteś za dużo albo za mało?
Czy nie męczyło Cię udawanie kogoś, kim nie jesteś i nigdy nie byłaś?
Nie wracaj do tego tylko dlatego, że boisz się samotności. Samotność może być trudna, ale to w niej najszybciej można odnaleźć siebie. Właśnie teraz masz szansę, by zbudować swoją siłę na nowo – na swoich warunkach, ze swoją prawdą i bez gry pozorów.
Skup się na sobie. Zadaj sobie pytania:
Czego pragnę naprawdę?
Kim jestem, gdy nikt nie oczekuje ode mnie, że się dopasuję?
Jak chcę się czuć w relacji – i poza nią?
Wiedz, że Twój umysł może próbować działać na Twoją niekorzyść. Gdy jesteśmy w żalu, umysł staje się podatny na ten cichutki, głosik złośliwego duszka: „Nic nie jesteś warta”, „Nikt Cię już nie pokocha”, „Już za późno na nowy początek”.
Jeśli masz możliwość – odetnij kontakt ze swoim byłym partnerem.
Nie obserwuj jego profilu w mediach społecznościowych. Nie analizuj każdego lajka, zdjęcia czy relacji. To nie prowadzi do niczego poza rozdrapywaniem ran. To jak trzymanie otwartej książki, którą powinnaś już zamknąć.
Masz teraz przed sobą nowe rozdziały. I to Ty jesteś autorką swojej biografii.
Nie potrzebujesz nikogo, kto będzie Cię „ratował” – bo Ty jesteś swoją własną ratowniczką. Jesteś wartościową, wspaniałą kobietą. Zasługujesz na szczerość, spokój, czułość i miłość. Zasługujesz na partnera, który zobaczy Cię naprawdę – i nie będzie oczekiwał, że będziesz kimś innym.
Ale zanim to się wydarzy, potrzebujesz siebie. Potrzebujesz siebie z otwartym sercem, gotową na prawdę, nie na złudzenia. Gotową na rozwój, nie na powtórkę z cierpienia. Gotową, by stanąć po swojej stronie – na dobre i na złe.
Bo to właśnie w tym miejscu zaczyna się Twoje nowe życie. Kiedy przestajesz idealizować przeszłość i zaczynasz budować przyszłość.
utworzone przez Agnieszka Boryna | 27-maj- 2025 | Rodzina, Rozwój osobisty
„Albo go kocha, albo się uparła. Na dobre, na złe i na litość boską.” W. Szymborska
Czytając ten cytat, trudno się nie uśmiechnąć. Bo przecież to o nas – kobietach. Czasem naprawdę trudno powiedzieć, co nami kieruje, kiedy serce zaczyna bić szybciej. Czy to miłość? A może hormon, nadzieja, albo… zbyt długie siedzenie na kanapie z Netflixem i kieliszkiem wina?
Zakochiwanie się to jedno z najbardziej fascynujących doświadczeń ludzkich. I jedno z najbardziej nieprzewidywalnych. Potrafimy zakochać się „po uszy” w kimś, kto zupełnie do nas nie pasuje – i z rozsądkiem ma tyle wspólnego, co różowa pantera z zoologią.
Ale przejdźmy do konkretów: dlaczego się zakochujemy? Jakie mechanizmy – biologiczne, emocjonalne, społeczne – popychają nas w ramiona tego jedynego (lub tego totalnie nieodpowiedniego)?
- 1. Chemia, czyli biologia robi swoje
Kiedy spotykasz kogoś, kto Ci się podoba, Twój mózg zalewa się koktajlem chemicznym: dopaminą, oksytocyną, serotoniną i adrenaliną. To one odpowiadają za ten dreszcz emocji, motyle w brzuchu, a czasem… utratę zdrowego rozsądku.
To dlatego na początku relacji czujemy się jak po espresso z potrójnym cukrem. Świat nagle nabiera barw, a on wydaje się być idealny. Czy faktycznie taki jest? Niekoniecznie. Ale biologia chwilowo każe nam tego nie zauważać.
- 2. Nasz mózg lubi znajome schematy
Często zakochujemy się nieświadomie w kimś, kto przypomina nam dawne emocje – czasem dobre, czasem trudne. Jeśli nieprzepracowałyśmy jakichś wzorców z przeszłości, nasza podświadomość z radością wróci na znajome tory. Nawet jeśli te tory prowadzą prosto w ścianę.
Zakochiwanie się w kimś, kto przypomina nam pewne schematy z okresu dorastania, to nie przypadek – to często próba „naprawienia” starych ran. Niestety, rzadko kiedy kończy się to happy endem.
- 3. Samotność potrafi zakłamać rzeczywistość
Nie oszukujmy się – presja społeczna, lęk przed samotnością i romantyczne filmy potrafią nieźle namieszać w głowie. Bywa, że zakochujemy się bardziej w pomyśle o miłości niż w samej osobie. W iluzji. W wizji życia we dwoje, które będzie „jak w bajce” (choć księciu bliżej do Jokera niż do królewicza…).
- 4. Rozsądek też próbuje mieć coś do powiedzenia
Zdarza się też bardziej racjonalne zakochiwanie – takie, które dzieje się stopniowo. Kiedy poznajesz kogoś, z kim masz wspólne wartości, cele, sposób życia. Czasem nie ma tu wielkich fajerwerków na początku – ale jest stabilność, ciepło, zaufanie. I to może być fundamentem naprawdę pięknej relacji.
- 5. Zakochujemy się… z naprawdę kuriozalnych powodów
A teraz czas na deser. Bo zakochiwanie się potrafi być także totalnie absurdalne. Oto tylko kilka przykładów zasłyszanych w gabinecie coacha i od znajomych:
- „Bo miał głos jak Marcin Dorociński”
- „Bo zapamiętał, że nie jem cebuli”
- „Bo pożyczył mi parasolkę w metrze i zapytał o książkę, którą czytałam”
- „Bo wyglądał, jakby był bardzo smutny – i chciałam go uratować”
- „Bo miał psa, a ja mam słabość do facetów z psami”
Brzmi śmiesznie? Może. Ale często to właśnie drobiazgi rozpalają emocje.
Więc… czy zakochiwanie się to przypadek?
I tak, i nie. Z jednej strony – działają na nas silne, często nieuświadomione mechanizmy. Z drugiej – możemy uczyć się siebie, obserwować swoje emocje i… nie rezygnować z własnych granic tylko po to, by ktoś nas pokochał.
Bo jak powiedziała Szymborska – „albo go kocha, albo się uparła”. I my, kobiety, naprawdę czasem się uparłyśmy. Ale przecież miłość to nie kara. To nie walka o uwagę. To nie przetrwanie. To wybór. I szacunek do siebie.
A Ty? Zakochiwałaś się kiedyś z najbardziej absurdalnego powodu świata
Daj znać w komentarzu – podziel się swoją historią i pokaż innym kobietom, że wszystkie jesteśmy w tym razem.
utworzone przez Agnieszka Boryna | 1-maj- 2025 | Rozwój osobisty
Czy kiedykolwiek miałaś wrażenie, że na początku nowej relacji jesteś wręcz zalewana falą czułości, atencją, wiadomościami, telefonami, prezentami? Że wszystko jest „zbyt piękne, by mogło być prawdziwe”? Jeśli tak, być może doświadczyłaś zjawiska, które psychologia nazywa love bombingiem – czyli bombardowaniem miłością.
Dla wielu kobiet brzmi to jak spełnienie marzeń – ktoś nareszcie się stara, adoruje, zapewnia o swoich uczuciach, codziennie zasypuje Cię smsami, zaprasza na romantyczne kolacje, pojawia się z bukietem kwiatów i już po kilku tygodniach mówi, że jesteś kobietą jego życia. Czasem po miesiącu lub dwóch pada propozycja wspólnego mieszkania, wyjazdu za granicę, planów na przyszłość, dzieci.
Wszystko dzieje się bardzo szybko. Nawet za szybko.
Love bombing – czyli jak działa emocjonalny rollercoaster
Love bombing to forma manipulacji, której celem jest przywiązanie Cię do siebie poprzez nadmiar pozytywnych bodźców. Sprawia, że zaczynasz czuć się wyjątkowa, wybrana, obdarzona czymś niezwykłym. Trudno w tym momencie dostrzec, że coś może być „nie tak”, bo przecież wszystko wygląda idealnie, tak jak o tym zawsze marzyłaś.
Ale po chwilowej euforii zaczynają pojawiać się znaki ostrzegawcze. Czujesz się przytłoczona, zdezorientowana. Z jednej strony – otrzymujesz wszystko to, o czym marzyłaś: uwagę, uczucia, czułość. Z drugiej – wewnętrznie czujesz niepokój, jakby ktoś naruszał Twoje granice. Masz wrażenie, że tracisz kontrolę nad własnym życiem. Każdego dnia jesteś „z kimś”, ale coraz mniej jesteś ze sobą.
Jednak – jak wiele kobiet – zamiast zaufać swojej intuicji, zaczynasz dostosowywać się. Bo przecież nie chcesz być niewdzięczna. Nie chcesz „popsuć” tej pięknej atmosfery. Tłumaczysz sobie, że może jesteś zbyt zamknięta, że nie jesteś przyzwyczajona do czułości. A przecież każda kobieta marzy o mężczyźnie, który ją adoruje.
Moment zwrotny: kiedy on już „Cię ma”
Osoba stosująca love bombing ma zazwyczaj jeden cel – zdobyć Twoje pełne zaangażowanie. Kiedy widzi, że jesteś już „jego”, zaczyna się coś zmieniać. Wiadomości stają się rzadsze. Przestaje się starać. Znika entuzjazm. Może zacząć się chłód emocjonalny, krytyka, nawet gaslighting.
W pewnym momencie może dojść do nagłego zwrotu – on mówi, że „coś się wypaliło”, że „nie czuje już tego samego”, że „potrzebuje przestrzeni”. Albo po prostu znika. A Ty zostajesz z poczuciem winy, dezorientacją, żalem. Zadajesz sobie pytanie: „Co zrobiłam źle?”
Odpowiedź brzmi: nic. To nie Ty byłaś zbyt mało czuła. To nie Ty za bardzo się zaangażowałaś. To nie Twoja wina. To on od początku grał w grę, w której nie znałaś zasad.
Love bombing to nie miłość – to manipulacja
Miłość rozwija się stopniowo. Tworzy się zaufanie, przestrzeń do poznania siebie nawzajem. Tymczasem love bombing to zmasowany atak emocjonalny, mający na celu szybkie uzależnienie Cię emocjonalnie od partnera i zdobycie wpływu. To nie troska – to kontrola przebrana za czułość.
To zjawisko szczególnie dotyka kobiet, które są empatyczne, gotowe na relację, spragnione czułości. Czasem wystarczy, że wcześniej przeszłaś trudne relacje, rozwód, rozstanie lub żyjesz w przekonaniu, że „musisz się postarać, żeby zasłużyć na miłość”.
Dlaczego to ważne, by o tym mówić?
Bo nie jesteś sama. Bo tysiące kobiet doświadczyło tego samego. I nadal się obwiniają, wstydzą, milczą.
Dlatego ten tekst ma Cię nie tylko uświadomić, ale też obudzić. Miłość to nie presja. Nie intensywność od pierwszego dnia. Nie szybkie deklaracje. Miłość to proces. W zdrowej relacji masz prawo powiedzieć „stop”, kiedy coś jest za szybkie, za intensywne, za bardzo i za mocno angażujące. Masz prawo do swoich emocji. Masz prawo czuć, reagować i wyznaczać swoje granice. I wreszcie masz pełne prawo by powiedzieć „STOP”, „DOSYĆ”.
Masz prawo zawalczyć o siebie
Jeśli coś w tym tekście z Tobą rezonuje, jeśli rozpoznajesz siebie – to znak, że warto zatrzymać się i przyjrzeć swoim emocjom. Porozmawiać z kimś zaufanym. Sięgnąć po wsparcie. Odzyskać kontrolę nad tym, co czujesz.
Love bombing to nie Twoja wina. Ale decyzja, co z tym zrobisz – już należy do Ciebie.
Zasługujesz na prawdziwą miłość. Nie na iluzję.